| Napisany przez Wojciech Markiewicz,
z 20-06-2006 05:35
|
Opinie : 1466  |
W Polsce rozpoczęcie nawet najprostszej działalności gospodarczej to droga przez mękę.
Jak w Polsce – uciekając od bezrobocia – założyć najprostszą firmę, na przykład domowe przedszkole we własnym mieszkaniu? Przez dwa tygodnie obserwowaliśmy starania Katarzyny Mitros, która do niedawna prowadziła takie przedszkole w Stanach Zjednoczonych. Było to doświadczenie pouczające.
W hallu Urzędu Skarbowego (US) przy ul. Lindleya w Warszawie nie ma informacji, gdzie można zasięgnąć informacji. – Drugie piętro, pokój 212 – podpowiada bez przekonania ochroniarz. – Na prowadzenie domowego przedszkola potrzebne jest zezwolenie – informuje pani w pokoju 212.
A kto wydaje takie zezwolenia? – Podejrzewam,
że Ministerstwo Edukacji, ale najpierw i tak trzeba pójść do Urzędu
Gminy przy ul. Nowogrodzkiej i tam złożyć podanie o wpis do ewidencji o
działalności gospodarczej – powiada pani z 212.
Katarzyna Mitros zaczęła starania od Urzędu Skarbowego, gdyż chciała
się najpierw dowiedzieć, jaki typ działalności (ryczałt, karta, a może
spółka z o.o.?) będzie właściwy do prowadzenia domowego przedszkola. I
która z tych form będzie dla niej najkorzystniejsza.– Nam nie wolno udzielać porad klientom – usłyszeliśmy w kolejnym pokoju, do którego nas odesłano.
A informować?– U mnie tylko w przypadku, gdy podmiot zatrudnia pracownika
– i już nas wysyłają do następnego pokoju, gdzie znowuż klarują, że im
doradzać nie wolno. A informacji ogólnej nie ma? Choćby ściągawki na
jednej, dwóch stronach maszynopisu: jak założyć maleńki biznes, od
czego zacząć, gdzie pójść, co zrobić, co się bardziej opłaca – nie ma?–
Nie, takiej informacji nie ma – uśmiecha się ze współczuciem pani w
siódmym z kolei pokoju. – Są biura rachunkowe, doradcze.
Urzędniczki są miłe i widać, że chętnie by pomogły, ale każda z nich
zna tylko swoją działkę. Wyrywkowe informacje uzyskane to tu, to tam
dla kogoś, kto dopiero rozważa otworzenie biznesu są zupełnie
niezrozumiałe.Przy wejściu do urzędu cztery osoby rozdają ulotki biur
rachunkowych. Biuro Tax podaje w swojej ulotce nieosiągalne w urzędzie
skarbowym, a potrzebne przy zakładaniu firmy numery telefonów do urzędu
gminy, urzędu statystycznego (tam się załatwia REGON), Inspektoratu ZUS
Ochota, izby skarbowej i urzędów skarbowych (tam załatwia się NIP).
Z dedykacją dla ministra pracy
Katarzyna Mitros, z wykształcenia neurobiolog, wróciła niedawno ze
Stanów Zjednoczonych. Kilkanaście lat temu, gdy nie mogła znaleźć pracy
na uniwersytecie, wpadła na pomysł: może by otworzyć domowe
przedszkole? Miała przecież doświadczenie i dobre rezultaty w
wychowaniu własnych dzieci, Ani i Piotrusia. Mieszkała wtedy w Austin w
stanie Teksas. Pamięta, że zatelefonowała do informacji i powiedziała:
„Chciałabym otworzyć przedszkole domowe. Gdzie mam zadzwonić?”. I
dostała numer Texas Department of Human Services, co luźno można by
przetłumaczyć na „departament spraw socjalnych”. Operator połączył ją z
inspektorką, która poinformowała o kilku najbliższych terminach
szkoleń. Szkolenie takie trwa 6 godzin i kosztuje 20 dol. Różnego
rodzaju specjaliści dostarczają tam słuchaczom kompleksowych i bardzo
konkretnych informacji, pomagają wypełnić formularze. Przyszli
właściciele domowych przedszkoli dowiadują się, jakie muszą przejść
szkolenia. Gdzie i za ile można odbyć kursy pierwszej pomocy i
sztucznego oddychania. Jaka obowiązuje dokumentacja i jak ją prowadzić.
Specjalista od podatków powie o przysługujących ulgach i wyjaśni, jak w
zależności od konkretnej sytuacji skorzystać z nich albo zrezygnować. W
materiałach szkoleniowych znajdą się również telefony i adresy
wszelkich instytucji, które muszą przed otwarciem skontrolować obiekt.
Kursantki otrzymają arkusze identyczne z tymi, jakimi się posłuży
inspektor, który przyjdzie ocenić placówkę przed rejestracją. Są one na
tyle szczegółowe, że samemu można przeprowadzić inspekcję i ocenić
stopień przygotowania. Żadne uznaniowe decyzje inspektora nie wchodzą w
grę.
– Do tego – wspomina Katarzyna Mitros – dostałam całą teczkę
konkretnych i bardzo przydatnych materiałów. Poczynając od listy
rosnących w Teksasie toksycznych roślin, poprzez obowiązujące
formularze, wzory kontraktów z rodzicami, propozycje planu dnia, wykaz
obowiązujących szczepień. Zostałam też skontaktowana z osobą, która
już od lat prowadziła taką placówkę. Na zasadzie wolontariatu objęła
opieką kilka takich jak ja nowicjuszek.
Pani Mitros punkt po punkcie przeglądała przywiezione ze szkolenia
szczegółowe formularze i wykonywała kolejno polecenia. Wymagania były
konkretne i rozsądne. Na przykład żywność dla przedszkolaków może być
przechowywana w tej samej lodówce co i dla całej rodziny. Wymagane
jest, aby lodówka była czysta i miała odpowiednią temperaturę (musi
leżeć w niej termometr). W kuchni kosz na śmieci, palniki na kuchence
czy żrące środki muszą być zabezpieczone przed maluchami. Sedes
normalnie używany przez rodzinę musi być czysty i zaopatrzony w nasadkę
dla małych dzieci albo dzieci używają nocników. Po każdym użyciu trzeba
deskę (lub nocnik) spryskać rozcieńczonym chlorkiem.
– Inspektor kontrolujący moje przedszkole – wspomina Katarzyna Mitros –
okazał się nie tyle kontrolerem co opiekunem i pomocnikiem. Mogłam do
niego telefonować ze wszelkimi pytaniami, bo jego głównym zadaniem było
pomóc mi w otworzeniu, a potem prowadzeniu biznesu. To inspektor
śledził ewentualne zmiany w przepisach i wysyłał mi ich kserokopie. Co
więcej, dołączał do nich proste objaśnienia, tak abym nie musiała
zgłębiać niezrozumiałego dla mnie prawniczego języka. Kilka dni po
inspekcji dostałam pocztą odpowiedni dyplom i byłam gotowa na przyjęcie
dzieci. Moja noga, wyjąwszy sześciogodzinne szkolenie, nie stanęła w
żadnym urzędzie.
Z dedykacją dla posłów
Następnego dnia po wizycie w urzędzie skarbowym w Warszawie jest
problem: czyje to zezwolenie jest potrzebne, aby założyć przedszkole?
Uprzejme panie w Ministerstwie Edukacji Narodowej wyjaśniają, że żadne
zezwolenie nie jest wymagane. Trzeba się zgłosić do Urzędu Gminy na
Nowogrodzkiej, aby uzyskać wpis do ewidencji.
Urzędniczka w Urzędzie Gminy też nic nie wie o pozwoleniu. – U mnie
można wpłacić 100 zł i uzyskać zaświadczenie o wpisie. Ja właśnie
wróciłam z urlopu. Może się coś zmieniło. Proszę pytać u pani
naczelnik. Ale pani naczelnik nie ma, więc próbujemy z Urzędem
Statystycznym na 1 Sierpnia.
– Czy będzie lepiej, jeśli będę płatnikiem VAT, czy też ryczałtowym? –
pyta pani Mitros. – To zależy od PKD. A co to znaczy? – To mówi, jak
jest sklasyfikowane to, co będzie pani prowadziła. To ma być
przedszkole. Czy może pani powiedzieć, jak się je klasyfikuje? – Nie, o
to musi się pani zapytać w urzędzie skarbowym albo przyjechać do nas i
poszukać sobie w książce – odpowiada urzędniczka.
Dalej – jak dowiadujemy się w Naczelnej Radzie Zrzeszeń Handlu i Usług,
bo w urzędach nie ma całościowej informacji – aby rozpocząć prowadzenie
działalności gospodarczej należy:
- uzyskać we właściwym miejscowo oddziale urzędu statystycznego numer REGON,
- zgłosić fakt rozpoczęcia działalności do US i tam uzyskać numer NIP, czyli identyfikator podatkowy,
- założyć osobne konto bankowe,
- zgłosić
siebie oraz ewentualnych pracowników do ubezpieczeń społecznych i
ubezpieczenia zdrowotnego w ZUS. Do 10 następnego miesiąca – bez
względu na to, czy firma działa i czy przynosi zysk – trzeba wpłacić
składkę. Minimum 620 zł, gdy nie ma się żadnych pracowników.
– Czy te wszystkie papiery i osoby nie mogą być w jednym miejscu? – pyta retorycznie kandydatka na przedszkolankę.
Naczelna Rada ZHiU od kilku lat puka do różnych drzwi władzy i
postuluje zniesienie – na początek – barier hamujących system
rejestracji przedsiębiorców zamierzających założyć własne firmy, a więc
tworzących miejsca pracy. Jak na razie – bezskutecznie. – W każdym
urzędzie trzeba za każdym razem podawać te same dane – powiada Mirosław
Grabowski, prezes NR ZHiU. – Ta niepotrzebna biurokracja powoduje, że
zapychają się łącza, za pomocą których każdy urząd z osobna sprawdza
dane zapisane w formularzach i proces rejestracji trwa do dwóch, trzech
miesięcy.
Dlatego Rada opowiada się za koncepcją powierzenia Krajowemu Rejestrowi
Sądowemu, jako podmiotowi do tego stworzonemu, całej procedury
powstania nowego podmiotu gospodarczego. – Powinniśmy realizować
postulaty zawarte w Strategii Lizbońskiej, programie, którego głównym
celem jest przekształcenie Unii Europejskiej w najbardziej
konkurencyjną gospodarkę świata – objaśnia prezes Grabowski. – Celem
tej strategii jest ułatwienie prowadzenia działalności gospodarczej,
m.in. poprzez redukcję czasu i kosztów związanych z utworzeniem
przedsiębiorstwa, redukcję barier administracyjnych, uproszczenie
regulacji prawnych oraz otoczenia administracyjnego firm. No dobrze,
ale jak tutaj dzisiaj otworzyć legalnie najzwyklejsze domowe
przedszkole?
Z dedykacją dla ministra finansów
Żeby w Austin otworzyć domowe przedszkole, Katarzyna Mitros nie musiała
mieć wielkich oszczędności. Adaptacja domu polegała na przerobieniu
zamków, zabezpieczeniu kontaktów elektrycznych, zakupieniu gaśnicy,
apteczki, osłonięciu kominka, zainstalowaniu detektora dymu. Zalecenia
były więc konkretne i zdroworozsądkowe. Niektóre szkolenia były
sponsorowane, inne wymagały niewielkich opłat. Mogła jednak zacząć bez
wydatków na książki i zabawki. W Austin są bowiem dwie wypożyczalnie,
które bezpłatnie zaopatrują zarejestrowane placówki. – W Austin od
początku zachęcano mnie do otwarcia biznesu, pokazano cały system,
który będzie wspomagał moją inicjatywę. Tutaj głównie się mnie
zniechęca – mówi.
Odpowiednik naszego ZUS płaciła jako procent od dochodu (jest to część
podatku federalnego) i dlatego otworzenie przedszkola nie stanowiło
żadnego finansowego ryzyka. Nie musiała nic płacić, dopóki jej
przedszkole nie zaczęło przynosić zysków. Zwykle zanim palcówka
zdobędzie odpowiednią renomę i zyska planowaną ilość klientów, mija
wiele miesięcy. – W Polsce mimo braku dochodu musiałabym w tym czasie
płacić 620 zł miesięcznie za ZUS. Myślę, że to odstrasza wiele osób od
rejestrowania działalności.
Z dedykacją dla ministra infrastruktury
Po wykonaniu kilkunastu telefonów (od urzędu gminy, przez kuratorium po
wydział oświaty) trafiamy do Biura Edukacji Miasta Stołecznego Warszawy
w Al. Ujazdowskich: – I to miałoby być przedszkole niepubliczne? – pyta
urzędnik. Skoro domowe, prywatne, w bloku, to chyba niepubliczne. – W
takim razie potrzebna jest decyzja o zmianie sposobu użytkowania
lokalu. Kto ma ją wydać? – Rejonowy Urząd Dzielnicowy. Potrzebne jest
też zaświadczenie o własności lokalu, opinia straży pożarnej i
sanepidu. Aha, trzeba jeszcze przygotować statut przedszkola. Jaki
statut? – No, statut.
– Ja się poddaję – głos pani Katarzyny się załamuje. – Zaczynam rozumieć psychikę terrorysty.
Następnego dnia brniemy jednak dalej: – Trzeba napisać podanie do
straży – informuje strażak nie bez trudu odnaleziony w Komendzie SP
przy ul. Polnej. – Żeby przyszedł strażak, obejrzał lokal i wydał
opinię. A jakie są wymagania straży, ogólnie, żeby nie fatygować
strażaka bez potrzeby? – Lokal musi spełniać wymogi przepisów
pożarowych. Na przykład klatka schodowa musi być bezpieczna do
ewakuacji dzieci. Jaką szerokość ma klatka schodowa u państwa w domu?
Nigdy nie mierzyliśmy. – Standardowa w bloku ma 120 cm, a wymagane
byłoby 140 cm. Trzeba by też zapewne zainstalować szersze od
standardowych i ognioodporne drzwi oraz oświetlenie awaryjne.
Dziękujemy, przepraszamy.
Kolejny dzień. Pytamy już bardziej z obowiązku niż przekonania. Sanepid
przy ul. Mokotowskiej. – O tej porze nie ma nikogo z Działu Higieny
Dzieci i Młodzieży. Oni pracę biurową mają w godzinach 8–10. Następnego
dnia o godz. 8.15: – Trzeba się do nas zwrócić z podaniem o podanie
przepisów prawnych – informuje inspektor Hanna Kretowicz, pierwsza w
tym łańcuszku urzędniczka, która się przedstawia. Z dłuższego wywodu
inspektor Kretowicz wynika, że najpierw trzeba znaleźć architekta,
który sporządzi projekt przebudowy lokalu. (– Gdzie go znaleźć? Są
przecież książki telefoniczne). Z gotowym projektem trzeba się udać do
wydziału architektury po pozwolenie. Takie pozwolenie na przebudowę
trzeba też mieć od spółdzielni mieszkaniowej. Co trzeba przebudować?
Tego można się dowiedzieć w Sekcji Nadzoru Zapobiegawczego. – Domowe
przedszkole – powiada inż. Iwona Nowacka z Sekcji NZ – jest nie tylko
miejscem pobytu dzieci, ale także zakładem pracy dla wychowawcy.
Obowiązują więc różne przepisy. Od prawa budowlanego przez BHP po
przepisy dotyczące zbiorowego żywienia.
Nie ma znaczenia, ile dzieci będzie uczęszczało do takiego przedszkola
(Katarzyna Mitros planowała, że czworo–sześcioro). Nawet jeśli czworo,
to muszą one mieć osobne WC, z małymi sedesami. Osobne nocniki nie
wystarczą. Osobne WC muszą też mieć pracownicy (w tym przypadku
p. Mitros), gdyż tego wymagają przepisy BHP. Musi być też odpowiednie
zaplecze do przygotowywania posiłków. Inne w przypadku, gdy będą
wytwarzane z półproduktów, inne gdy będą tylko podgrzewane. Musi też
być magazyn do przechowywania produktów suchych, osobna lodówka na
produkty dla dzieci, aneks do przygotowywania warzyw. I zmywalnia, przy
czym drogi naczyń brudnych nie mogą się krzyżować z czystymi. Przede
wszystkim jednak lokal musi mieć minimum 3 m wysokości.
To nas zamurowuje. Przecież większość mieszkań w miastach w blokach ma
2,5 m. I dlaczego akurat trzy, a nie cztery albo dwa metry? Dzieci są
przecież niższe od dorosłych – już nawet gorzko nie chce się żartować.
– Takie są normy prawa budowlanego w odniesieniu do placówek
oświatowych – stwierdza inż. Nowacka.
Katarzyna Mitros nie otworzy domowego przedszkola. – Nie sprostam
przecież tym surrealistycznym wymaganiom – mówi. – Do tego nie
wyzbyłabym się obawy, że być może w tym labiryncie istnieją jeszcze
jakieś przepisy, do których nie dotarłam i pewnego pięknego dnia jakaś
szacowna instytucja będzie mnie mogła z tego powodu ukarać.
Z dedykacją dla pana premiera
Bo na przykład nikt nie zapytał ją o kwalifikacje, z czego wypływa nie
do końca pewny wniosek, że przedszkole może otworzyć każdy, bez
najmniejszego przeszkolenia. Jak wytłumaczyć jednak fakt, że mimo
surrealistycznych przepisów, istnieje w Polsce kilka, a może nawet
kilkanaście tysięcy domowych przedszkoli?
– To nie będzie porada prawna, bo taka porada byłaby sprzeczna z
przepisami prawa – zastrzega właściciel biura rachunkowo-doradczego,
którego ulotkę można dostać przy wejściu do US przy ul. Lindleya. –
Opowiem tylko, jak to wygląda w praktyce.
Otóż w praktyce działalności takiej w ogóle się nie zgłasza,
oszczędzając czas i pieniądze. Potem nie płaci się podatków ani ZUS. W
przypadku kontroli tłumaczy się, że przedszkolaki to dzieci chorej
sąsiadki czy znajomej. Osoba prowadząca takie przedszkole – w świetle
prawa niepracująca – rejestruje się jako bezrobotna. Może korzystać z
zasiłków, ma ubezpieczenie. Gdyby jednak ktoś uparł się, żeby legalnie
założyć przedszkole, musi przetrawić kilogramy papieru, całymi dniami
wystawać w urzędach. Jeśli nawet zainstaluje sobie w domu mały sedes,
upchnie gdzieś w gomułkowskiej czy gierkowskiej kuchni drugą lodówkę,
wstawi ognioodporne drzwi, to dwóch rzeczy nie przeskoczy. Nie poszerzy
korytarza w swoim bloku, a tym bardziej nie dźwignie sufitu w swoim
mieszkaniu o całe pół metra.
źródło: polityka.onet.pl, numer 19/2003
Zaczerpnięte ze strony : "Akademia maluchów"
|