07.02.2012.
Start arrow Rodzice arrow Rodzice nie chcą, by sześciolatki poszły do szkoły

Rodzice nie chcą, by sześciolatki poszły do szkoły Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Alicja Buczek   
21.02.2008.
Władze Poznania i Warszawy postanowiły od września 2008 roku "wysłać" dzieci sześcioletnie do szkół. Decyzja taka wywołała falę niezadowolenia wśród rodziców. Twierdzą bowiem, że szkoły nie są przygotowane do przyjęcia "zerówkowiczów". Protesty zatroskanych rodziców sprawiły iż władze tych miast wycofały się z tej decyzji.
Rozwiązywanie problemów wyżu demograficznego dzieci przedszkolnych, które nie znajdują miejsca w placówkach stają się coraz bardziej dotkliwe dla samorządów. Co zrobić, jeśli przedszkoli jest mniej aniżeli dzieci, a do tego sześciolatki muszą obligatoryjnie do nich uczęszczać?

Programy restrukturyzacji wydatków w samorządowych oświatach sprawiły, że najpierw likwidowano przedszkola, a teraz szuka się sposobów na rozwiązanie problemu dużej ilości dzieci i małej liczby placówek.

Jednym ze sposobów jest właśnie przenoszenie dzieci sześcioletnich do szkół, które nie są w żaden sposób przygotowane do pracy z małymi dziećmi. W szkołach nie są wydzielone miejsca dla maluchów, nie ma odpowiednich mebli, sale nie są wyposażone w odpowiednie zabawki i gry, które sa nieodzownym materiałem do twórczej zabawy dziecka, a ubikacje nie są dostosowane do ich wzrostu. Dzieci nie mogą też liczyć na zjedzenie śniadania lub podwieczorku w stołówce. Rodzice nie są zainteresowani posłaniem dzieci wcześniej do szkoły przede wszystkim ze względu na opiekę, którą przedszkole zapewnia w godzinach pracy rodziców.

Innym ciekawym sposobem jest reorganizacja dodatkowego wynagrodzenia nauczycieli za np. za zastępstwa w czasie choroby innych koleżanek. Praktyki, gdzie podczas nieobecności nauczyciela będącego na zwolnieniu lekarskim, grupa jest dzielona i dzieci przepychane z sali do sali nie służą mu w najmniejszym stopniu. 

Każda z tych form jest zła i krzywdząca przede wszystkim dla dziecka, które jest wciąż traktowane przedmiotowo, a nie podmiotowo. Szukanie oszczędności jego kosztem jest niedopuszczalne i niesie za sobą nieodwracalne negatywne skutki.

Tłumaczenie MEN, że w Europie uczące się w szkołach sześciolatki to już standard nie znajduje odniesienia do polskich realiów, gdzie świat dziecka sześcioletniego wygląda zupełnie inaczej aniżeli w cywilizowanych krajach Europy. Polski sześciolatek zmaga się z wadami wymowy, wadami postawy, infekcjami i ogromnym stresem związanym z coraz większymi wymaganiami. Pogoń rodziców za pracą i pieniądzem, by godziwie żyć spycha na margines prawdziwą ich rolę wychowawczą i opiekuńczą.  Dzieci przychodzą do przedszkoli chore, zakatarzone i niedoleczone. Jak taki sześciolatek znajdzie się w szkole- molochu  (przecież jest ich większość), w której klasa liczyć będzie ok.30 dzieci (takie są realia), a sala będzie uboga (bo i skąd pieniądze?) w zabawki i gry dydaktyczne oraz inny potrzebny sprzęt do prawidłowego rozwoju dziecka? 

Czym się kierujemy podejmując bardziej polityczne, aniżeli praktyczne decyzje w sprawach dzieci?

Dlaczego nie szukamy własnych wzorów, które sprawdziłyby się w polskich realiach? 

Kto "zapłaci" za błędne decyzje w sprawach dzieci popełniane przez kolejne ekipy rządzące? 

Czy dzieci muszą być materiałem doświadczalnym kolejno postępujących po sobie reform oświatowych?



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »