|
Władze Poznania i Warszawy postanowiły od września 2008 roku "wysłać"
dzieci sześcioletnie do szkół. Decyzja taka wywołała falę
niezadowolenia wśród rodziców. Twierdzą bowiem, że szkoły nie są
przygotowane do przyjęcia "zerówkowiczów". Protesty zatroskanych
rodziców sprawiły iż władze tych miast wycofały się z tej decyzji.
Rozwiązywanie
problemów wyżu demograficznego dzieci przedszkolnych, które nie
znajdują miejsca w placówkach stają się coraz bardziej dotkliwe dla
samorządów. Co zrobić, jeśli przedszkoli jest mniej aniżeli dzieci, a
do tego sześciolatki muszą obligatoryjnie do nich uczęszczać?
Programy
restrukturyzacji wydatków w samorządowych oświatach sprawiły, że
najpierw likwidowano przedszkola, a teraz szuka się sposobów na
rozwiązanie problemu dużej ilości dzieci i małej liczby placówek.
Jednym ze sposobów jest właśnie przenoszenie dzieci sześcioletnich do
szkół, które nie są w żaden sposób przygotowane do pracy z małymi
dziećmi. W szkołach nie są wydzielone miejsca dla maluchów, nie ma
odpowiednich
mebli, sale nie są wyposażone w odpowiednie zabawki i gry, które sa
nieodzownym materiałem do twórczej zabawy dziecka, a ubikacje nie są
dostosowane do ich wzrostu. Dzieci nie mogą też
liczyć na zjedzenie śniadania lub podwieczorku w stołówce. Rodzice nie
są zainteresowani posłaniem dzieci wcześniej do szkoły przede wszystkim
ze względu na opiekę, którą przedszkole zapewnia w godzinach pracy
rodziców.
Innym ciekawym sposobem jest reorganizacja
dodatkowego
wynagrodzenia nauczycieli za np. za zastępstwa w czasie choroby innych
koleżanek. Praktyki, gdzie podczas nieobecności nauczyciela będącego na
zwolnieniu lekarskim, grupa jest dzielona i dzieci przepychane z sali
do sali nie służą mu w najmniejszym stopniu.
Każda
z tych form jest zła i krzywdząca przede wszystkim dla dziecka, które
jest wciąż traktowane przedmiotowo, a nie podmiotowo. Szukanie
oszczędności jego kosztem jest niedopuszczalne i niesie za sobą
nieodwracalne negatywne skutki.
Tłumaczenie MEN, że w Europie uczące się w szkołach sześciolatki to już
standard nie znajduje odniesienia do polskich realiów, gdzie świat
dziecka sześcioletniego wygląda zupełnie inaczej aniżeli w
cywilizowanych krajach Europy. Polski sześciolatek zmaga się z wadami
wymowy, wadami postawy, infekcjami i ogromnym stresem związanym z coraz
większymi wymaganiami. Pogoń rodziców za pracą i pieniądzem, by
godziwie żyć spycha na margines prawdziwą ich rolę wychowawczą i
opiekuńczą. Dzieci przychodzą do przedszkoli chore, zakatarzone i
niedoleczone. Jak taki sześciolatek znajdzie się w szkole- molochu
(przecież jest ich większość), w której klasa liczyć będzie ok.30
dzieci (takie są realia), a sala będzie uboga (bo i skąd pieniądze?) w
zabawki i gry dydaktyczne oraz inny potrzebny sprzęt do prawidłowego
rozwoju dziecka?
Czym się kierujemy podejmując bardziej polityczne, aniżeli praktyczne decyzje w sprawach dzieci?
Dlaczego nie szukamy własnych wzorów, które sprawdziłyby się w polskich realiach?
Kto "zapłaci" za błędne decyzje w sprawach dzieci popełniane przez kolejne ekipy rządzące?
Czy dzieci muszą być materiałem doświadczalnym kolejno postępujących po sobie reform oświatowych?
|