Postanawiamy pojechać na kilka miesięcy do Polski, więc zabieram się za intensywne poszukiwania przedszkola dla syna. Przeglądam różne fora internetowe, pytam znajomych z Polski. Okazuje się, że na Ursynowie w Warszawie, gdzie mieszkałam przed wyjazdem do Szwecji i gdzie teraz też będziemy mieszkali, nie tak łatwo znaleźć miejsce w „zerówce”. Mieszkańcy Ursynowa, szczególnie tego „nowego” to ludzie młodzi, więc dzieci jest sporo. Miejsca w przedszkolach państwowych „skończyły się” już w marcu. Szukam więc w przedszkolach prywatnych. Czesne waha się w granicach 1000 PLN +/- 400 PLN (przelicznik PLN-SEK w faktach na końcu artykułu). Tam gdzie taniej – nie ma już miejsc.
„Trochę” drożej niż w Szwecji, gdzie czesne zależy od dochodów rodziców, wieku dziecka, i od tego na ile godzin tygodniowo dziecko jest zostawiane pod opieką przedszkola, ale nigdy nie może przekroczyć maksymalnej stawki 1260 SEK/miesiąc („maxtaxa”). Obojętnie czy przedszkole jest komunalne, czy prywatne (komuna dopłaca resztę – odgórnie ustalonej - stawki za każde dziecko).
Prywatne przedszkola w Szwecji nie mogą decydować jakie będą pobierały
opłaty za opiekę nad dziećmi, ale same decydują jak i na co wydają swoje
pieniądze. Niektóre mogą zdecydować, że więcej wydadzą na zabawki
edukacyjne (bądź dodatkowy personel) - nie starczy im wtedy np. na
wynajęcie firmy sprzątającej. Wówczas rodzice mają dyżury w sprzątaniu.
Inne nie zatrudniają personelu w kuchni – rodzice przejmują te
obowiązki. Jeśli zbyt dużo pań przedszkolanek choruje danego dnia, i nie
ma nikogo na zastępstwo – rodzice mogą być wezwani „na dyżur”. Tak
dzieje się nierzadko w przedszkolach prowadzonych w ramach „współpracy
rodzicielskiej” („föräldrakooperativ”). Inną, również prywatną, formą
zarządzania przedszkolem może być „współpraca personelu”
(„personalkooperativ”). Przedszkola komunalne nie angażują rodziców w
swoją działalność.
Zauważam, że w Polsce przedszkola (te prywatne) są otwarte dłużej
(często do godz. 19.00) i mają szeroką gamę zajęć dodatkowych (te
droższe w ramach czesnego). To dla mnie plus. Tutaj musimy organizować
wszystkie dodatkowe zajęcia dla syna sami. Tutaj „nasze przedszkole”
zamykane jest już o 17.00 (tak jak większość przedszkoli w okolicy). Na
pewno dla dziecka lepiej gdy rodzice mają dla niego trochę więcej czasu
wieczorem, ale mam przynajmniej jedną znajomą, która pracując w sklepie
do 18.00 nie bardzo wiedziała jak rozwiązać odbieranie dziecka o tej
17.00. Samotna matka, cała najbliższa rodzina w Polsce. Nie wiem jak
rozwiązała ten problem.
W Sztokholmie jest tylko jedno przedszkole całodobowe (Rektangeln na
Södermalmie). Gdy dzienna zmiana idzie do domu, w przedszkolu pojawia
się zmiana nocna. To „nattis” (w potocznym języku: przedszkole nocne)
przyjmuje dzieci w wieku od 1 do 10 lat, których rodzice muszą pracować
nocą bądź w weekendy. Dzieci na miejscu otrzymują kolację, personel
czyta im bajki na dobranoc, ktoś będzie nad nimi czuwał gdy położą się
spać. Ilość miejsc jest ograniczona, więc nie każdy rodzic znajdzie tu
miejsce dla swojego dziecka.
W „naszym” szwedzkim przedszkolu spora część dzieci odbierana jest już o
15.00. Wg. prawa szwedzkiego rodzice małego dziecka (aż do końca roku, w
którym dziecko rozpoczyna pierwszą klasę szkoły podstawowej) mają
zagwarantowaną możliwość skrócenia godzin pracy do 75% (odpowiednio
zmniejsza się wówczas również pensja, można jednak uzupełniać dochody
tzw. rodzicielskim czyli „föräldrapenning”). Z tego prawa korzysta około
połowa mam i raczej niewielu ojców. Zobaczymy czy w Polsce będę mogła
zostawiać syna w przedszkolu trochę dłużej, bez wyrzutów sumienia że
jestem niedostatecznie dobrą matką.
Wybieram ursynowskie przedszkole, gdzie dzieci raz w tygodniu chodzą na
basen, mają zajęcia logopedy, grę w szachy bądź na pianinie (wg.
własnych potrzeb i zainteresowań). Są w Sztokholmie przedszkola, gdzie
dzieci też mają naukę pływania, ale to raczej wyjątki. Wg. wytycznych
planu nauczania, dopiero dziecko które kończy piątą klasę szkoły
podstawowej powinno potrafić pływać i być „oswojone z wodą”. Podobno nie
w każdej szkole jest to jednak przestrzegane. Nie spotkałam się
natomiast z tym, by przedszkola szwedzkie gwarantowały własną opiekę
psychologa, logopedy itp.
Podczas tygodniowego pobytu w Polsce, posyłam syna na dwa dni do tego
wybranego przedszkola, żeby się zorientował czy mu się podoba. Wraca
zdziwiony, że nie można było wychodzić z sali bez pozwolenia pani. Nie
można było zacząć jeść dopóki pani nie pozwoliła. Był też za mało na
zewnątrz. Poszli na spacer do nikąd, a potem wrócili do przedszkola i
siedzieli w środku. To trochę inaczej niż tutaj.
W Szwecji mówi się, że nie ma złej pogody, najwyżej ubrania są
nieodpowiednie („det finns inget dåligt väder, bara dåliga kläder”).
Dzieci spędzają codziennie po kilka godzin na zewnątrz – w słońcu,
deszczu, na wietrze czy w śniegu. Są też takie przedszkola, gdzie dzieci
z założenia mają spędzać cały dzień na zewnątrz. Podobno wtedy mniej
chorują. Zarazki nie roznoszą się tak łatwo na zimnie... Nierzadko można
w przedszkolu szwedzkim spotkać zakatarzone dzieci, biegające w maju na
bosaka po rosie. Albo taplające się w błocie do woli (jednakże od
rodziców wymaga się by zostawili w przedszkolu dodatkowy komplet ubrań
przeciwdeszczowych wraz za kaloszami dla swojego dziecka). Dla typowej
polskiej mamy może to być szokiem (tak przynajmniej reagowały niektóre z
moich - dopiero co przybyłych z Polski - znajomych), ale gdy dziecko
się do tego przyzwyczai to potem samo nie chce „kisić się w domu”
(wyrażenie mojego syna). Nawet gdy akurat pada.
Moje własne wrażenie jest takie, że w Szwecji przedszkola są trochę
bardziej przestronne (ale porównuję tylko do tych na Ursynowie w
Warszawie), dzieci mogą swobodnie przemieszczać się między
salami/pokojami. Że jest mniejszy nacisk na zajęcia ogólnogrupowe („a
teraz wszyscy lepimy plastelinowe ludziki”), więcej podejścia
indywidualnego („my lepimy ludziki, tamci pieką ciasteczka, a reszta
robi co chce). W przedszkolu mojego syna sa dwie grupy mieszane wiekowo
(1-3 latki i 4-6 latki) i nam się to akurat podoba. Nie jest to jednak
regułą w Szwecji.
W Polsce 6-latki są objęte obowiązkiem szkolnym (mogą uczęszczać do
klasy zerowej w szkole bądź w przedszkolu). Tutaj zajęcia przygotowujące
do szkoły są prawem każdego 6-latka, jeszcze nie obowiązkiem.
Prywatne przedszkola w Polsce (znów jednak mam tylko wiedzę o tym jak
jest w Warszawie) kładą duży nacisk na wczesne oswajanie dziecka z
językiem angielskim. Tutaj raczej nikt sobie tym aż tak bardzo głowy nie
zaprząta. Wszystkie dzieci w Szwecji rozpoczynają naukę języka
angielskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej (najpóźniej). Jeżeli
będą chciały zdawać na studia to muszą mieć obowiązkowo zaliczony ten
przedmiot. Jeżeli będą to studia na którymś z kierunków ścisłych to będą
najprawdopodobniej uczyły się z podręczników w języku angielskim
(czasami w tym języku prowadzone są również wykłady). Na razie jeszcze, w
przedszkolu, się o tym nie myśli.
Jeszcze nie wiem jak jest z chorowaniem w przedszkolach polskich, ale
tutaj regularnie co roku przechodzą przez przedszkola „epidemie grypy
żołądkowej”. Chore dziecko przeczekuje chorobę w domu, jeśli ma wysoką
gorączkę to dostaje najwyżej Alvedon (szwedzki paracetamol). Nikt nie
biegnie od razu do lekarza, no chyba że chodzi o niemowlaka, który jest
już dosyć poważnie odwodniony. Pielęgniarka zapyta, podczas
telefonicznego umawiania na wizytę, czy skóra wzięta w oba palce odstaje
po puszczeniu (to wskazuje na odwodnienie), czy wraca do stanu
pierwotnego (to znaczy że jest jeszcze OK). Lekarze wolą zajmować się
poważniej chorymi. Zresztą wirusem grypy żołądkowej bardzo łatwo się
zarazić – chore dziecko byłoby zagrożeniem dla innych dzieci w
poczekalni lekarskiej. I nie ma na ten wirus żadnego lekarstwa – trzeba
regularnie pić i odpoczywać, czekać aż choroba sama przejdzie. Zwykle
przechodzi po kilku dniach.
„Najlepsze” bywa to, co się najlepiej zna. I tak jak wielu Polaków (czy
też obywateli innego państwa) przybywających do Szwecji (czy też zapewne
do jakiekokolwiek innego kraju) dziwi się niektórym obcym sobie
zwyczajom - tak ja - po kilkunastu latach mieszkania w Szwecji, dziwię
się niektórym realiom polskim. Np. dlaczego tak mało ludzi dorosłych w
Polsce odpowiada małemu dziecku, gdy ich o coś zapyta/coś skomentuje?
Dlaczego przy najmniejszym nawet problemie zdrowotnym (np. zwykłym
przeziębieniu) otrzymuję rady bym natychmiast udała się z dzieckiem do
lekarza?
Wierzę, że każde nowe doświadczenie wzbogaca i cieszę się, że syn pozna
lepiej kraj swoich rodziców. Na pewno czegoś się nauczy. Na pewno będzie
miał o czym opowiadać dzieciom i paniom przedszkolankom po powrocie do
Szwecji. Na razie nauczył się śpiewać „Krakowiaczek jeden”, ale tańczyć
nie chciał...