| Napisany przez Anny Rubinowicz-Gründler [Gazeta.pl],
z 25-08-2006 11:32
|
Opinie : 975  |
Tekst Anny Rubinowicz-Gründler Berlin.
Na podstawie książki
"Ohne Spielzeug" wyd. przez Ingeborg Becker-Textor, Elke Schubert i Rainera Stricka
Niemieckie przedszkola wysyłają zabawki na wakacje, aby dzieci więcej rozmawiały i bawiły się ze sobą, nauczyły się walczyć z nudą. Dzięki temu jako dorośli nie popadną tak łatwo w nałogi - uważają inicjatorzy akcji "Przedszkole bez zabawek"
Zimowy poranek, dziewiąta rano. W przedszkolnej sali półmrok, żaluzje
opuszczone prawie do końca, na środku przy ognisku grzeje się grupka
pięcio- i sześciolatków. Rebeka, Nele i Luis wpełzają do ustawionych
wokół ognia trzech domków kempingowych i kładą się spać pod kocami.
Przez dłuższą chwilę coś sobie opowiadają, planują następny dzień nad
morzem.
W końcu Luis ma dosyć, wstaje i idzie do wychowawczyni. - Graetzi,
podciągnij żaluzje, ale nie wszystkie naraz, tylko po kolei - prosi. I
zaczyna robić poranną gimnastykę. A gdy w sali znów jest widno, woła: -
Słońce wstało! - i idzie kąpać się w morzu i łowić muszle.
Kiedy po paru minutach pełzania po podłodze i przeciskania się pod
stolikiem ("ciasna jaskinia podwodna") wraca do ogniska, opowiada
dziewczynkom o rybach i morskich zwierzętach, które widział pod wodą. -
Jak to, nurkowałeś? - dziwi się Rebeka. - Przecież jest za zimno!
- Mam strój do nurkowania - tłumaczy Luis. To przekonuje Rebekę. - To
ja też idę nurkować, tylko muszę poszukać maski do oddychania.
I nikomu nie przeszkadza, że domki kempingowe są z kartonów, a ognisko
z kamyków, gałązek i latarki. Przedszkolaki pogrążone są w zabawie po
uszy, choć w przedszkolu nie ma ani jednej zabawki.
Barbie jak narkotyk?
"Przedszkole bez zabawek" to pomysł dwojga pedagogów z niewielkiego
Weilheim w Bawarii. 11 lat temu Elke Schubert i Rainer Strick
zrealizowali go po raz pierwszy w przedszkolu w Penzbergu. Cel:
zapobieganie uzależnieniom.
- Zapobieganie uzależnieniom u czterolatków?!
- Tak, zajmujemy się dziećmi, które nie mają jeszcze konkretnych
problemów z nałogami, po to, aby ich nigdy nie zaznały - mówi Rainer
Strick z urzędu ds. młodzieży i rodziny w Weilheim. - To nie jest walka
z zagrożeniami, lecz wzmacnianie silnych stron psychiki dziecka, które
uodparniają je na uzależnienia. Dzieci, które osiągną pewne życiowe
umiejętności, takie jak zdolność do komunikowania się z otoczeniem,
asertywność czy pewność siebie, są mniej zagrożone. I to nie tylko
nałogami, ale i np. skłonnością do przemocy. Bo jeśli umiem rozmawiać z
innymi ludźmi, to jestem w stanie powiedzieć komuś, że jestem na niego
wściekły, zamiast od razu bić - mówi Strick.
- My doszłyśmy do "Przedszkola bez zabawek" inną drogą - opowiada
Marianne Bruckardt, kierowniczka przedszkola we wschodnioberlińskiej
dzielnicy Prenzlauer Berg. - Po zjednoczeniu Niemiec przeżyłyśmy istny
zalew zabawek. Wszyscy musieli mieć Barbie, lego, auta, gry. Przez
jakiś czas panowało szaleństwo wokół power rangersów. Nawet dwuletnie
dziewczynki nie chciały innych zabawek! A jak się o nie kłóciły!
- Dzieci wcale ze sobą nie rozmawiały, nie miały pomysłów na wspólne zabawy. Bardzo nas to martwiło.
- opowiada przedszkolanka Sieglinde Graetz.
- Wpadłyśmy więc na pomysł, aby przyjść do przedszkola w weekend,
pochować wszystkie zabawki i zmienić wystrój sal. Jedna stałaby się
akwarium, na ścianach byłoby mnóstwo ryb itp., inna byłaby komnatą
księżniczki itd. Kuratorium pochwaliło nas i zapytało, czy słyszałyśmy
o bawarskim eksperymencie z "Przedszkolem bez zabawek". Zapaliłyśmy się
i realizujemy ten pomysł już od pięciu lat - mówi pani Bruckardt.
"Przedszkole bez zabawek" podbiło już Niemcy, Austrię i Szwajcarię.
Unia Europejska nagrodziła tę koncepcję jako jedną z najlepszych w
zapobieganiu uzależnieniom w wieku dziecięcym.
Wakacje zabawek
Co roku pod koniec karnawału dzieci i wychowawczynie zaczynają
przygotowania do "Przedszkola bez zabawek". Codziennie przez tydzień
dzieci "wysyłają zabawki na wakacje" - wybierają te, którymi już nie
chcą się bawić, i odnoszą do magazynu. O tym, co będą robić, jak już
nie zostanie ani jedna, nie chcą jednak rozmawiać. Chyba nie bardzo
mogą to sobie wyobrazić i nie pamiętają swoich zeszłorocznych pomysłów
na zabawy.
Ale kiedy w następny poniedziałek w przedszkolnej sali są już tylko
stoliki, krzesełka, regały, materace i koce, na których dzieci leżakują
po obiedzie, kiedy nie ma nawet bloku i kredek - bezczynność i
dezorientacja nie trwają długo. Najmłodsze, trzy- i czterolatki,
wyciągają ze stosu materace i zaczynają się na nich turlać, skakać,
pokładać. Dwie najstarsze, sześcioletnie dziewczynki Rebeka i Nele
postanawiają zbudować jaskinię z materaców i krzeseł. Młodsze dzieci
patrzą zaciekawione, a kiedy jaskinia wreszcie jest gotowa, wszystkie
chcą do niej wpełznąć. Rebeka pozwala tylko niektórym, zaczynają się
konflikty, Shirin idzie do wychowawczyni na skargę, ale ta odsyła ją z
kwitkiem. - Rebeka zbudowała domek i może decydować, kto się w nim
bawi, jeśli bardzo chcesz tam wejść, to musisz z nią porozmawiać -
poucza, i Shirin zbiera się na odwagę i prosi Rebekę o pozwolenie.
W następne dni jest łatwiej, pomysły same przychodzą do głowy. Jaskinia
okazuje się za ciasna i za duszna, więc dzieci budują większy dom z
koców i starych zasłon, które wychowawczyni pomaga im zawiesić na
gwoździach wbitych w ścianę. (- To jedna z kluczowych umiejętności w
życiu: umieć poprosić o pomoc - komentuje Rainer Strick).
- Trzeciego dnia wymyśliły, żeby zrobić przyjęcie na dworze, czyli poza
granicą domku - opowiada wychowawczyni Sieglinde Graetz. - Uczta była z
kamyków i muszelek, dzieci usiadły na kocach na... plaży (dywanie) i
zaczęły podziwiać rozgwieżdżone niebo (na ścianie wisi tiulowa zasłona
ze złotymi gwiazdkami). Potem ktoś stwierdził, że w nocy robi się
chłodno i trzeba zapalić ognisko, więc ułożyli ognisko z kamyków.
Dzień później Rebeka przyniosła z domu latarkę, żeby było widać, jak
ognisko płonie. Stąd wzięła się noc nad morzem i nurkowanie w
podwodnych jaskiniach, których byłam świadkiem w przedszkolu.
- Szczególnie pięcio- i sześciolatki są z dnia na
dzień coraz bardziej pomysłowe - mówi pani Bruckardt. Dzieci w
"przedszkolu bez zabawek" zachowują się spokojniej i dłużej bawią się w
jedną zabawę, którą same rozwijają, dużo ze sobą rozmawiają, negocjują,
opowiadają sobie historyjki i bajki.
W domu dzieci mogą nadal bawić się zabawkami, ale nie wolno przynosić
ich do przedszkola. Z obserwacji pedagogów wynika jednak, że duża część
dzieci także domowe zabawki "wysyła na wakacje" na pawlacz.
Plastelina wygrywa z matchboksem
Kiedy po trzech miesiącach przedsięwzięcie dobiega końca, dzieci same
stopniowo wybierają z magazynu te zabawki, którymi chcą się bawić.
- Najczęściej domagają się zabawek, z których mogą same coś zrobić,
nadać im inną funkcję - mówi Rainer Strick. - Np. klocków albo
plasteliny, a nie zdalnie sterowanego auta, które przedtem było
obiektem marzeń całej grupy, ale które tylko może jeździć. A z klocków
można zbudować tyle różnych rzeczy.
- Czy istnieją dobre i złe zabawki? - pytam Rainera Stricka.
- Ja rozróżniam zabawki "gotowe" i "materiałowe", ale ich nie oceniam -
odpowiada. - Oczywiście zabawki militarne nie są dobre, jednak z
drugiej strony pistolet to element rzeczywistości i jeśli dzieci nie
mają pistoletu-zabawki, to wezmą kijek i to będzie karabin.
- Zabawki mają swoje zadania, np. dzięki lalkom dzieci uczą się
obchodzić z ludźmi, a gry planszowe pomagają znosić frustrację porażki
- mówi pani Graetz. -Jednak dziś dzieci coraz częściej są zasypywane
gotowymi zabawkami, które mają odwracać ich uwagę od tego, czego im
brakuje - np. kontaktów z rodzicami lub rówieśnikami, od doskwierającej
frustracji i nudy.
- Dawniej dzieci spotykały się na ulicy albo na podwórku, musiały
ustalić, w co będą się bawić, kto ma jaką pozycję w grupie, uczyć się
rozpoznawać własne słabości i prosić o pomoc, mimowolnie rozwijały więc
fantazję i umiejętności społeczne - mówi Rainer Strick. - Dziś mają do
dyspozycji tyle gotowych zabawek, że nawet nie mają okazji zastanowić
się, co tak naprawdę chciałyby robić, jak to osiągnąć i z kim.
"Przedszkole bez zabawek" ma dać im taką szansę.
Dać dziecku czas
W "przedszkolu bez zabawek" dorośli nie wtrącają się w sprawy dzieci.
Przedszkolanka "nic nie robi", tzn. nie wymyśla zabaw, nie czyta
książek (chyba że dzieci o to poproszą). Interweniuje tylko w
ostateczności. Siedzi z notesem i aparatem fotograficznym lub kamerą
wideo w ręku, by dokumentować przebieg dnia.
Dla nauczycielek to trudne wyzwanie: nie podsuwać rozwiązań, nie
prowadzić dzieci za rączkę, nie wiązać sznurowadła. Dopiero z tej
pozycji dostrzegają, że dzieci potrafią znacznie więcej, niż mogą na co
dzień wykazać.
"Jak wytrwale trzy-czterolatki próbują włożyć guzik do dziurki i
naciągnąć skarpetki i buty, jeśli tylko dać im na to czas. Wydaje się
to bardzo żmudnym zajęciem, ale dzieci nie chcą, aby robić coś za nie.
Tylko własny sukces daje im pewność siebie potrzebną do kolejnych
kroków w rozwoju" - pisze Anna Winner, pedagog, która naukowo obserwuje
"Przedszkole bez zabawek".
- Trzeba dać dzieciom czas, żeby we własnym rytmie kształtowały swój
dzień i kontakty społeczne - wyjaśnia Rainer Strick. - Wszyscy musimy
się nauczyć dawać sobie radę samemu z trudnymi sytuacjami, a nie
czekać, aż ktoś to za nas zrobi, ani nie uciekać w rozwiązania pozorne.
Uzależnienie wiąże się z tym, że człowiek kapituluje przed wyzwaniami,
jakie stawia przed nim życie.
"Przedszkole bez zabawek" nie jest przedszkolem bez reguł.
Wychowawczyni czuwa. Lepiej jednak, żeby to dzieci wyznaczały rytm
dnia, żeby nie było sztywnych pór zajęć czy posiłków. - Niech dzieci
bawią się tak długo, jak chcą, i jedzą wtedy, gdy są głodne - mówi
Rainer Strick. - Część zmian można potem wprowadzić do normalnego życia
przedszkola, dać dzieciom więcej czasu na zabawę albo zmienić pory
jedzenia.
Przedszkole to nie wyspa
Skoro życie bez zabawek jest tak intensywne, przyjemne i pedagogicznie skuteczne, czemu eksperyment trwa tylko trzy miesiące?
- Nasze macierzyste przedszkole w Penzbergu wypróbowało okresy krótsze
i dłuższe, i ostatecznie wróciło do trzech miesięcy - opowiada Strick.
- Po pierwsze, przedszkole nie tylko ma wychowywać, ale i uczyć. Przez
te trzy miesiące skupiamy się na jednym celu, a przez resztę roku
staramy się o tym nie zapomnieć, ale realizujemy inne zadania.
- Po drugie - ciągnie - nie może trwać za krótko, bo potrzeba kilku
tygodni, by dzieci i dorośli przestawili się i czegoś nauczyli. Z kolei
jeśli trwa to za długo, to dzieci nie tęsknią za zabawkami, ale wkrada
się rutyna. Poza tym przedszkole nie może być wyspą, na której wszystko
jest inaczej niż w życiu. Zabawki istnieją i dzieci muszą nauczyć się
obchodzić ze światem konsumpcji.
żródło: gazeta.pl
|