|
Kilka lat temu chciałam założyć Prywatne Przedszkole.
Ministerstwo zachęcało mnie swoimi komunikatami o pomocy i dotacjach z Unii
Europejskiej. Tak zwane inne formy przedszkolne, czyli punkty przedszkolne i
zespoły wychowania przedszkolnego organizowane dla dzieci w wieku od trzech do
pięciu lat miały stanowić uzupełnienie systemu przedszkoli i oddziałów
przedszkolnych w szkołach podstawowych i zwiększyć wskaźnik upowszechnienia
wychowania przedszkolnego w Polsce, który był ciągle jednym z najniższych w
Europie. Rozbudowa sieci placówek przedszkolnych miała stać się priorytetowym
celem reformatorskich zapędów resortu edukacji.
|
Politycy wszędzie są
tacy sami.
Obiecują zbudować
most nawet tam, gdzie nie ma rzeki.
/Nikita Chruszczow
|
Znowelizowano nawet 7 września 2007 r. ustawę o systemie oświaty
(Dz. U. nr 181, poz. 1292), która miała działać z korzyścią dla gmin ze względu
na niższe koszty utrzymania dziecka w innej formie wychowania przedszkolnego
niż w placówce publicznej oraz dzieciach w wieku od trzech do pięciu lat
mieszkających na terenach wiejskich.
Wszystko po to, żebym tylko zechciała założyć przedszkole i zapewnić
miejsca maluchom, którym Ministerstwo chciało zapewnić dostęp do powszechnej
edukacji. Słyszałam w głosie rządowym błagalną prośbę o to, bym pomogła w
realizacji planów reformatorskich i podnoszeniu niechlubnych statystyk. Zachęty
finansowania działalności, którą zamierzałam podjąć kilka lat temu zakładając
jedną z form przedszkolnych miała być współfinansowana ze środków Europejskiego
Funduszu Społecznego w ramach Sektorowego Programu Operacyjnego Rozwój Zasobów
Ludzkich.
Chęci, a rozsądek
Kiedy w 2007 roku ruszyła rządowa kampania tworzenia
placówek przedszkolnych intuicyjnie postanowiłam zaczekać z podjęciem życiowej
decyzji i przyglądnąć się działaniom innych podmiotów w tym obszarze. Śledziłam
doniesienia prasowe, rozmawiałam z koleżankami, które zaryzykowały. Zaaferowane
koleżanki były pełne entuzjazmu i dobrych prognoz dla tworzonych przez siebie
placówek. Schody zaczęły się już w 2008 roku, kiedy to przedszkola powstające z
funduszy unijnych były zamykane z powodu wyczerpania dotacji. Restrykcyjne
wymogi sanitarne i przeciwpożarowe oraz brak możliwości zapewnienia
długoletniego finansowania mini przedszkoli stały się hamulcem ich rozwoju. Małym,
wiejskim przedszkolom, utworzonym dzięki wsparciu UE zaczęło brakować środków na
dalszą działalność.
Pomysł na podniesienie statystyk
Miejsc dla dzieci w przedszkolach wciąż brakowało. MEN
zapłacił telewizji, by bohaterowie seriali „M jak miłość”, „Plebania” i „Barwy
szczęścia” rozmawiali o korzyściach posłania pięciolatków do przedszkoli. Za pięć
odcinków „M jak miłość” MEN zapłacił ok. 250 tys. zł. Za 16 odcinków „Plebanii”
– ok. 440 tys., a za dwa odcinki „Barw szczęścia” – 61 tys. Czy to nie
wyrzucone pieniądze, skoro wielu rodziców, choćby chciało, nie pośle dziecka do
przedszkola, bo brakuje tam miejsc?
Minister edukacji Katarzyna Hall znalazła także inny sposób
na podniesienie wskaźnika upowszechnienia wychowania przedszkolnego w Polsce dając
możliwość sześciolatkom na edukację w szkole. Ich miejsca w przedszkolach miały zająć dzieci
młodsze. Dobroduszna Pani Minister obiecała samorządom do podziału 347 mln zł uzależniając
wysokość kwoty od liczby sześciolatków przyjętych w 2009 r. do szkół na ich
terenie. Pieniądze stały się kartą przetargową na motywację gmin do
przygotowania podstawówek na przyjęcie maluchów. A tym samorządom, którym udało
się przekonać rodziców do reformy ministerstwo zafundowało większy strumień
funduszy. To niestety zbyt mało, bo do dnia dzisiejszego szkoły nie są
przygotowane do przyjęcia sześciolatków. Z raportu Głównego Inspektoratu
Sanitarnego, do którego dotarł „DGP”, wynika, że z 14 tysięcy skontrolowanych
podstawówek (na 21 tysięcy działających w Polsce) 6 tysięcy nie jest gotowe na
przyjęcie sześciolatków. Niektóre z nich nie mają nawet ciepłej wody. Brakuje
stołówek. Meble i łazienki nie są dostosowane do wzrostu sześciolatków. Nie ma
też zalecanych przez MEN pomieszczeń lub kącików na zabawę i odpoczynek dla
maluchów. Zdesperowani rodzice dzieci sześcioletnich bojąc się przepełnienia w
klasach I, które grozi w 2012 roku gdzie do obowiązkowo uczęszczających
siedmiolatków dołączą sześciolatki, wybierają „lepsze zło” i decydują się na
posłanie dziecka sześcioletniego do nieprzygotowanej na ich przyjście szkoły.
Z tej mąki dobrego chleba nie będzie
Wysiłki i działania związane z poprawieniem sytuacji
polskiej edukacji są tak kruche, jak domy budowane na piasku. Przedszkola
tworzone w pocie czoła, za pożyczone pieniądze wcześniej czy później bez
solidnej zaprawy muszą się rozsypać. Kilkaset przedszkoli, które powstały za
unijne pieniądze mogą być zlikwidowane, ponieważ źródło unijnej kasy powoli
wysycha. Fundacje i stowarzyszenia, które prowadzą przedszkola za unijne pieniądze
czeka prawdziwa fala likwidacji.
Ile dasz, tyle otrzymasz?
Rząd nie widzi problemu i nie zamierza nic z tym robić. Ludzie,
którzy kilka lat temu zainwestowali swój czas, pieniądze i zdrowie w zakładanie
innych form przedszkolnych zostali „wystawieni do wiatru” przez ministerstwo. Posłużyli
do tego, by podnieść statystyki i wskaźniki, bo dla urzędników ważne są cyferki
i papierki.
A co dla mnie jest ważne?
Moja niezawodna intuicja i człowiek, którego nie da się
zaszufladkować, skategoryzować i umieścić w tabelkach. Patrząc codziennie w
oczy dziecka, uderza mnie przede wszystkim ich niewinność, czystość i
przejrzystość. Nieświadomi tego, co gotuje reforma oświaty, mali bezbronni „wojownicy”
podążają śladami politycznych planów i nie mają słowa sprzeciwu. To krzywda i
niebezpieczeństwo. Wszak troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym
sprawdzianem stosunku człowieka do człowieka /Jan Paweł II/. Czy będziemy potrafili zrozumieć za
kilkanaście lub kilkadziesiąt lat decyzje naszych wychowanków, którzy podejmą
jednostronne decyzje o naszej przyszłości? Ile dasz, tyle otrzymasz....
|