Zainspirowany tekstem Łukasza Warzechy o absurdzie przedszkolnym, jaki rodzicom i nauczycielom w przedszkolach zafundowała nasza władza, postanowiłem opisać inny przedszkolny absurd. Tym razem dotyczący spraw programowych.
Moja starsza córka poszła właśnie do drugiej grupy przedszkolaków. Z dumą powtarza, że jest już średniakiem.
Ponieważ nasze przedszkole jest konserwatywne, dopiero w tym roku moje
dziecko może zacząć naukę języka angielskiego. Polityką placówki jest
nakłanianie rodziców, by nie posyłali 3-letnich dzieci na lekcje języka
obcego. 4-latki w większości na angielski będą już jednak chodzić.
Jak wyglądają takie lekcje? Zasadą obowiązującą w przedszkolach jest
uczenie przez zabawę. I tak też prawdopodobnie będą wyglądały zajęcia z
języka angielskiego.
Jednak mimo ich lekkiej formuły cała sprawa budzi zdziwienie.
Bowiem dzieci 4-letnie będą się uczyły angielskiego alfabetu,
angielskich literek, wymowy. Będą miały zajęcia z języka obcego. Przedszkolaki chodzące na te lekcje, gdy będą kończyły przedszkole, będą znały zdecydowanie lepiej angielski niż polski alfabet, być może będą umiały czytać i pisać po angielsku. Tej umiejętności w stosunku do polskiego jednak w przedszkolu nie posiądą.
Dzięki zmianom w procesie kształcenia, jakie zaproponował i
wprowadził w życie MEN, przedszkole przestało mieć funkcję stricte
edukacyjną. W podstawie programowej czytamy, że dzieci zaczynające
szkołę podstawową wykazują chęć i zainteresowanie czytaniem i pisaniem.
To oznacza, że przedszkole nie ma prowadzić ich edukacji w tym obszarze.
Przedszkolaki mogą więc uczyć się angielskiego, ale polskiego nie. Co
więcej, zgodnie z przepisami nauczycielki nie mają prawa opowiadać
dzieciom o alfabecie i uczyć je literek, nawet jeśli o to spytają czy
poproszą o wytłumaczenie. Nauczycielka powinna wtedy udać, że nie słyszy
lub odwrócić uwagę dziecka.
Dziwaczna polityka budowania wymogów
edukacji przedszkolnej powoduje, że polskie dzieci znacznie wcześniej
zaczynają naukę obcego języka niż języka ojczystego. Trudno
oprzeć się wrażeniu, że w tym wypadku chodzi o jak najwcześniejsze
rozpoczęcie procesu edukacji „obywateli świata”, dla których polskość
nie jest niczym szczególnym, bo liczy się Europa, globalna wioska, czy
inne sztuczne wspólnoty. Skuteczna produkcja takiego człowieka
powinna zaczynać się jak najwcześniej, musi uderzać w najmłodszych
ludzi, o najbardziej plastycznym umyśle.
Wiele przedszkoli idzie z własnej woli w tym właśnie kierunku (choć
szczęśliwie nie to, do którego chodzi moje dziecko). Jedna z moich
koleżanek opowiadała mi, jak z przerażeniem słuchała opowieści o
zajęciach swojego syna z przedszkola – publicznego! Otóż
5-letnie dzieci uczyły się flag członków Unii Europejskiej. Syn mojej
koleżanki z dumą wymieniał, jaki kraj ma jaką flagę. Jednak o polskiej
fladze dzieciom nie mówiono, jakby wpajanie maluchom przywiązania do
obcych krajów było ważniejsze niż budowanie w nich przywiązania do
Polski. Bo przecież polskość to – jak mówił premier Donald Tusk – nienormalność.
|