07.02.2012.
Start arrow Irena Majchrzak arrow Nazywanie świata- ćwiczenie

Nazywanie świata- ćwiczenie Drukuj Poleć znajomemu
Oceny: / 0
KiepskiŚwietny 
Redaktor: Alicja Buczek   
07.02.2009.
Ś w i a t e m będzie rodzinny dom lub sala w przedszkolu i wszystko, co się tam znajduje.
 
Każda rzecz ma nazwę, podobnie jak każdy człowiek ma imię. Tę nazwę można napisać i przeczytać. "Nazywanie świata" polega na dopasowywaniu nazw do otaczających dziecko przedmiotów. Jest to gra, w trakcie której dzieci, za pomocą od stu do trzystu słów, ćwiczą ciągle na nowo rozpoznawanie w najrozmaitszych kombinacjach kształtów i brzmienia trzydziestu dwóch liter alfabetu. To wielka zabawa w chowanego, do której zostaje wciągnięte słowo pisane.
 
Samo odcyfrowanie wyrazu miś nie pobudziłoby specjalnie umysłu małego dziecka - jeśli jednak trzeba to słowo przeczytać i zrozumieć, a potem podbiec do zabawki i położyć obok niedźwiadka odpowiednią kartkę, to czytanie przeradza się w naturalną dziecięcą zabawę, dostarcza tyle radości, że staje się zajęciem ulubionym. Jest to radość intelektualna, nie zaś techniczna. Dziecko doznaje przyjemności nie dlatego, że odcyfrowało litery, lecz dlatego, że odnalazło treść. Że zrozumiało, iż chodzi o misia. Odczytywanym słowem musi być koniecznie rzeczownik, bo istota zabawy polega na tym, by dziecko kładło odpowiednie kartki z nazwami obok odpowiednich przedmiotów.
 
Powiedzmy dzieciom, że świat jest zaczarowany, i że wszystkie rzeczy się pochowały. Musimy je odnaleźć, odkryć, a jedyną wskazówką, o jaką rzecz chodzi, będzie słowo na kartce. Gdy na stole położymy kartkę z napisem stół, oznaczać to będzie, że stół został znaleziony i odkryty.
 
Odczarowywanie odbywa się w ciszy (można najwyżej szeptem porozumieć z kolegą czy z nauczycielką). Dzieci, które zaczynają czytać, powinny to robić po cichu. Głośne czytanie tekstu przeszkadza początkującym czytelnikom w zrozumieniu sensu.
 
Niektórzy nauczyciele sądzą, że dziecko pojmuje czytane słowo za pośrednictwem słuchu i dopiero wtedy, gdy wymówi kolejne głoski, słyszy całość i rozumie, o co chodzi. Tymczasem jest na odwrót: dopiero wtedy, gdy się jakieś słowo zrozumie, można je wypowiedzieć poprawnie, z taką samą intonacją, jak w mowie potocznej. Nasze własne doświadczenie mówi dobitnie, że tekst rozumiemy tym lepiej, im bardziej się na nim koncentrujemy. Gdy dziecko dostaje kartkę ze słowem miś, jego uwaga powinna być skupiona tylko na tym wyrazie. Jeśli jednak wymaga się od ucznia, by przeczytał to słowo na głos, jego uwagę zaczynają rozpraszać słuchacze, pragnienie otrzymania pochwały i uniknięcia niepowodzenia - zaczynają go absorbować emocje, niekiedy zabarwione tremą, lękiem. W efekcie często zdarza się, że dziecko nie umie właściwie wykonać zadania.
 
Nauczycielki z przedszkola w Dąbrowie Zielonej przeprowadziły bardzo interesujący eksperyment. Zaprosiły na otwarte zajęcia rodziców i nauczycieli szkoły podstawowej. Goście byli zachwyceni, kiedy dzieci, w znakomitych humorach, kładły napisy przy odpowiednich meblach, zabawkach, a nawet na częściach ciała rodziców. Nauczycielki przedszkolne zaproponowały potem, by ktoś z dorosłych przeczytał głośno niewielkie opowiadanie. Po paru chwilach oczekiwania zgłosiła się na ochotnika pewna matka, z zawodu nauczycielka; bardzo pięknie przeczytała tekst. Jednakże kiedy poproszono ją, by opowiedziała treść własnymi słowami, pomilczała chwilę, po czym przyznała z zażenowaniem, że tak wielką uwagę zwracała na właściwą intonację, iż niewiele zapamiętała z przeczytanego opowiadania. Oto sytuacja, w jakiej stawiamy dzieci, gdy każemy im czytać na głos - czyli publicznie - zanim osiągną odpowiednią sprawność techniczną.
 
Ale są jeszcze inne, być może ważniejsze, powody, by nie zachęcać uczniów do głośnego czytania - na głos bowiem czyta się znacznie wolniej. Wzrokiem można objąć cały wyraz, nawet kilka wyrazów równocześnie, niemal w mgnieniu oka da się przeczytać i zrozumieć duże fragmenty tekstu.
 
Często każe się dziecku czytać na głos, by ocenić jego umiejętności. Są na to lepsze sposoby, tym bardziej, że, jak już wiemy, głośne wypowiedzenie napisanych słów nie oznacza wcale, że zostały one zrozumiane. Nauczyciel może bardzo łatwo zorientować się, czy dziecko robi postępy - jeśli po prostu je obserwuje. Podczas gry w "Nazywanie świata" Jaś położył kartkę z misiem obok misia: wszystko jest w porządku. Jeśli Jaś położyłby wyraz lalka przy lampie, znaczyłoby to, że zwrócił uwagę tylko na podobieństwa wyrazów, nie dostrzegł zaś różnic pomiędzy nimi. To zupełnie normalne, mały uczeń szybko chce odgadnąć znaczenie słowa i popełnia pomyłkę. Dorosły powinien w takiej sytuacji pomóc dziecku w zauważeniu liter decydujšcych o różnym znaczeniu tych dwóch słów. Może na przykład postawić lampę i lalę obok siebie i poprosić, by wychowanek kilka razy położył odpowiednie kartki tam, gdzie trzeba. Przy pierwszej próbie gry w "Nazywanie świata" używamy wyrazów najprostszych, lala i miś. Dzięki temu dzieci błyskawicznie przyswoją sobie reguły gry.
 
A więc pierwszego dnia sadzamy na dywanie jakąś lalę i jakiegoś misia. Dziecku (w domu) lub dzieciom (w przedszkolu) dajemy po dwie kartki i prosimy, by według własnego rozeznania położyły odpowiednią kartkę przy odpowiedniej zabawce. Albo, stojąc na krześle, spuszczamy w dół "deszcz słów" czyli kartek, na których napisaliśmy jedno lub drugie słowo. Dzieci zwykle biegną do nich, jakby to spadały cukierki. Trochę później, w czasie tej samej sesji, stawiamy na podłodze jeszcze inną zabawkę i dodajemy kartki z trzecim wyrazem.
 
Stopniowo dodajemy coraz więcej rzeczy i kartek z odpowiadającymi tym rzeczom wyrazami. Codziennie włączamy do gry nowe słowa i nowe przedmioty. Nie bójmy się, pomnażajmy liczbę słów bez obaw. To naturalne, że jedne dzieci poradzą sobie z tym szybciej, a inne wolniej. "Nazywanie świata" traktować trzeba jako grę, zabawę. Nie wszystko robi się od razu dobrze. Osoba dorosła powinna dyskretnie obserwować dziecko, starać się zauważyć kolejne blokady w rozumieniu i pomagać w ich usuwaniu - ale niekoniecznie trzeba to robić od razu i niekoniecznie trzeba bezpośrednio interweniować. Na tym etapie znacznie ważniejsze jest to, że dziecko wykonuje jakieś zadanie niż to, czy je wykona bezbłędnie. Wychowanek gromadzi wtedy cząstkowe obserwacje, które się kumulują i w pewnym momencie zadanie staje się dla ucznia łatwe i oczywiste. Niedobrym doradcą jest wygórowana ambicja wychowawcy, nie pozwala ona bowiem zawierzyć naturalnemu procesowi poznawania. Trzeba być cierpliwym - codziennie od nowa zaczynać zajęcia z koszykiem pełnym rzeczowników. Niech dzieci każdego dnia kładą kartki z lampą przy lampie, klocek przy klocku, dywan na dywanie i drzwi przy drzwiach. Kartki powinny poleżeć przy przedmiotach godzinę czy dwie, potem chowamy je do koszyka, aby następnego dnia znowu przystąpić do nazywania świata.
 
Po pewnym czasie proponujemy dzieciom, by poszukały przedmiotów ciągle jeszcze "schowanych" - czyli nie opisanych - i żeby może same spróbowały przygotować dla nich wizytówki. Sprawdzamy, co uczniowie napisali i poprawiamy ortografię.
 
W przedszkolach etykietuje się różne przedmioty - ale tych napisów już nikt później nie rusza, wobec czego przestają być skuteczną pomocą dydaktyczną. Nie zauważamy tego, co na stałe jest w naszym otoczeniu. W ćwiczeniach, które proponuję, te same kartki codziennie są traktowane jako nowe wyzwanie.
 
Podczas kolejnych etapów gry w "Nazywanie świata" nie dokonujemy podziału słów na łatwe i trudne. Gdy uprzedzamy dziecko, że dajemy mu kartki z dwoma wyrazami, z których jeden oznacza misia, a drugi podłogę, to obydwa wyrazy będą dla niego równie łatwe. Każdy wyraz w jednym zestawie może być łatwy, w innym zaś trudny. Na przykład odróżnienie i zrozumienie słów podłoga i półka będzie trudniejsze niż odróżnienie i zrozumienie słów podłoga i stół.
 
Ważne jest to, by codziennie ćwiczyć przez mniej więcej piętnaście minut. Rozdajemy kartki po kilka razy, dopóki dzieci będą się dobrze bawiły. Niech zgadują, niech mają prawo do pomyłki, wtedy trafne rozwiązanie zadania przyniesie radość. A gdy już raz dziecko upora się z podłogą, gdy spostrzeże, na przykład, że to słowo dość długie i charakterystyczne, bo dwie litery są wyższe niż reszta, a dwie inne opadają w dół - wyraz ten stanie się łatwy do rozpoznania.
 
Oczywiście dziecko trochę czyta, a trochę zgaduje. I tak jest dobrze. Na początku nie musi wcale odcyfrowywać wszystkich liter, by odróżnić misia od podłogi. Gdy słów pojawi się więcej, gdy podłogę trzeba będzie odróżnić od półki, a lalkę od lampy, wykonanie zadania wymagać będzie dłuższego namysłu. Najważniejszą zaletą gry w Nazywanie świata" jest jej intensywność. W ciągu dziesięciu minut ćwiczeń dzieci mogą zmierzyć się z wieloma wyrazami i wcale nie jest tak istotne, by każdy z nich został od razu prawidłowo odczytany. Liczy się ta chwila, kiedy dziecko z uwagą przygląda się tekstowi.
 
Nie powinien nas ograniczać żaden narzucony odgórnie program, żaden harmonogram, choć sami możemy wprowadzać jakieąś reguły porządkujące. Na przykład któregoś dnia skoncentrujemy się na nazwach mebli, a następnego - na zabawkach. Przy tej okazji dzieci powinny ćwiczyć się w używaniu liczby mnogiej i pojedynczej; można choćby usadzić w jednym miejscu kilka lalek, a gdzie indziej lalę samotną. Możemy również ćwiczyć zdrobnienia. Wręczamy Stasiowi dwie kartki, na jednej będzie napisane lalka, na drugiej laleczka, albo kartki z wyrazami piłka i piłeczka. Niech Staś zdecyduje, przy którym z przygotowanych przez nas przedmiotów położy jedną kartkę, a przy którym - drugą.
 
Ćwiczymy również rozpoznawanie nazw części ciała i części ubrania. Dzieci same mogą, ku wielkiej swojej uciesze, stać się "nośnikami" nazw. Kartkę z napisem głowa Moniki przylepią taśmą do czoła Moniki, a sweter Klaudii - do ubrania Klaudii.
 
Kolejnymi kategoriami rzeczowników będą artykuły żywnościowe, przedmioty kuchenne, przybory stołowe, przybory do szycia, materiały piśmienne, itp. Jeśli podczas ćwiczeń używamy niewielkich przedmiotów, warto wyeksponować je na specjalnym stole, oznaczonym napisem NAZYWANIE ŚWIATA - to ułatwi dzieciom szukanie.
 
Oczywiście "nazywamy świat" także w ogrodzie czy na placu zabaw.
 
Dobór słów, związanych z "Nazywaniem świata", może wiązać się z tematami, które według programu akurat z dziećmi przerabiamy - ale tylko wtedy, gdy mamy pod ręką konkretne przedmioty z tym tematem związane, na przykład szyszki i kasztany, gdy mowa o jesieni. "Nazywanie świata" polega na dokładaniu nazwy do konkretnego rzeczownika. Nie należy więc włączać do gry kartek z takimi napisami, jak zima, wiosna, zapasy czy nawet kącik fryzjerski. "Nazywanie świata" rządzi się własną logiką i ma odrębne cele - językowe, nie zaś poznawcze. Dzięki tej grze dzieci uczą się wyrażać słowem pisanym to, co już wiedzą i co umieją nazwać w mowie. "Nazywanie świata" jest pierwszą formą czytelniczych wprawek i pełni podobną rolę, co elementarz, pozwala przy tym na dynamiczne stopniowanie trudności zadań.
 
Grupa dziecięca nigdy nie jest jednorodna, a "Nazywanie świata" to zestaw takich ćwiczeń, które pozwalają każdemu dziecku zachować rytm nauki zgodny z jego możliwościami. Nie narażą żadnego ucznia na nudę ( którą się odczuwa, gdy polecenie jest zbyt łatwe), ani na frustrację ( która pojawia się, kiedy polecenie jest zbyt trudne).
 
Gdy już jakiejś grupie zadania wydają się bardzo proste, trzeba postawić te dzieci przed kolejnym progiem trudności, to znaczy zwiększyć zasób słów. Nuda jest niesłychanie niebezpiecznym i, niestety, bardzo częstym gościem w przedszkolach i szkołach. Zauważyłam, że nauczyciele bardzo się obawiają sytuacji, gdy dziecko nie umie czegoś zrobić. Tak bardzo się boją, że wolą nie ryzykować. Ten strach powoduje, że ciągną swoich uczniów wstecz, do łatwizny, do nudy. A przecież nie ma żadnych powodów do obaw. Każde dziecko wie, że do różnych umiejętności człowiek po prostu musi dorosnąć. Ania wczoraj jeszcze nie sięgała do klamki, dziś już sięga. To dla dziecka jest naturalne. Do wczoraj nie wiedziało, gdzie położyć kartkę ze słowem firanka, a dzisiaj wie. Podczas, kiedy jedni mierzą się już z zadaniami trudniejszymi, inni ciągle jeszcze szukają misia i lali, trzeba więc mieć pod ręką wiele słów o różnym stopniu trudności.
 
Kiedyś zadzwoniła do mnie dyrektorka przedszkola, w którym poprzedniego dnia prowadziłam kurs dla nauczycieli. Powiedziała: - Zapewniała nas pani, że dzieci łatwo odróżnią wyrazy lala i miś, a ja wcale nie byłam tego pewna, więc dzisiaj rano zrobiłam próbę. Czy pani uwierzy, że żadne dziecko się nie pomyliło? - Oczywiście, że uwierzyłam. Głównš przeszkodą przy realizacji mojej metody nie jest "niedojrzałość" dzieci, lecz przeświadczenie dorosłych o tym, że dzieci umieją tylko to, czego zostały wcześniej nauczone. Z uporem więc uczą swoich wychowanków rzeczy, które oni samodzielnie już dostrzegli i pojęli.
 
W Meksyku na mój kurs jedna z nauczycielek przyszła ze swoją pięcioletnią córeczką, bo nie miała jej z kim zostawić. Mała, Viviana, bardzo chętnie wzięła udział w ćwiczeniach inicjacji. Gdy przeszłyśmy do "Nazywania świata", zaproponowałam nauczycielkom, by przygotowały dla swoich wychowanków kartki z trzema słowami - pizarrón (tablica), piso (podłoga) i mesa (stół) - a potem poprosiły dzieci o położenie tych kartek w odpowiednich miejscach. Jedna z pań ni to stwierdziła, ni to zapytała: - Ale najpierw pokazujemy, co na której kartce jest napisane? - Nie - odparłam - kartki trzymamy w ręce, nawet za plecami, i mówimy dzieciom, żeby same zadecydowały, gdzie którą kartkę położą. - Żadne dziecko tego nie zrobi - usłyszałam w odpowiedzi. Na moje pytanie, czy Viviana umie czytać, jej matka zapewniła mnie, że nie. Wręczyłam więc dziewczynce trzy kartki z tymi właśnie słowami i poprosiłam o położenie ich w odpowiednich miejscach. Viviana zrobiła to bezbłędnie po zaledwie chwilowym namyśle.
 
Nauczycielki, również matka Viviany, były zdumione. Jak to możliwe, że dziewczynka nie umiejąca czytać rozwiązała tak trudne, zdawałoby się, zadanie? Po krótkiej analizie okazało się, że do wykonania go nie była potrzebna znajomość ani jednej litery. Wyobrażam sobie, że Viviana zauważyła, iż wyrazy pizarron i piso mają na początku identyczne znaki graficzne (litery), muszą więc odnosić się do słów, które zaczynają się od takich samych dźwięków (pi). Różnica długości zapisu tych słów najpewniej odpowiada różnicy długości słów. Zatem trzecie słowo to musi być mesa. Viviana po prostu posłużyła się logiką Ale najmilsze wydało mi się to, że dziewczynka po zakończeniu kursu zapytała mnie, czy nie mam więcej kartek do rozłożenia.
 
Na początku można przynieść przygotowany przed zajęciami plik (składający się z około stu wyrazów), ale bardzo szybko trzeba uczynić z nazywania świata zabawę spontaniczną, gorącą, intensywną.. Sprawdzają się tu zarówno litery drukowane, jak i pisane; dzieci dajš sobie radę z każdym rodzajem.
 
Kiedy odwiedzam przedszkola, odnoszę czasem wrażenie, że nauczyciele majš sparaliżowane ręce. Boją się pisać. Nie są pewni, czy charakter ich pisma odpowiada rygorystycznym wzorcom. Wolą posługiwać się materiałem gotowym, kupionym w sklepie, lub pismem komputerowym. A tymczasem bardzo ważne jest, by nauczyciel pisał przy dzieciach, by używał własnej ręki. W dzisiejszych czasach małe dziecko ciągle ma przed oczami najrozmaitsze napisy, na ekranie telewizyjnym, na ulicy i w sklepach, a więc styka się z wieloma różnymi czcionkami. Sny metodyków o tym, że ciągle jeszcze da się zadekretować jeden, powszechnie obowiązujący wzór kaligraficzny, są nieziszczalne i anachroniczne. Znacznie rozumniej postąpimy, jeśli pozwolimy, by w otoczeniu dziecka, w przedszkolu czy w domu, pojawiły się różne rodzaje pisma. Jednej wszakże zasady, jak sądzę, należy przestrzegać. Kiedy piszemy nazwy pospolite, posługujemy się literami małymi. Przede wszystkim dlatego, że tak jest poprawnie, a poza tym dlatego, że litery małe różnią się kształtem, wysokością i położeniem, dzięki czemu łatwiej je rozpoznać.


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »