Ś w i a t e m będzie rodzinny dom lub sala w przedszkolu i wszystko, co się tam znajduje.
Każda rzecz ma nazwę, podobnie
jak
każdy człowiek ma imię. Tę nazwę można napisać i przeczytać. "Nazywanie
świata" polega na dopasowywaniu nazw do otaczających dziecko
przedmiotów. Jest to gra, w trakcie której dzieci, za pomocą od stu do
trzystu słów, ćwiczą ciągle na nowo rozpoznawanie w najrozmaitszych
kombinacjach kształtów i brzmienia trzydziestu dwóch liter alfabetu. To
wielka zabawa w chowanego, do której zostaje wciągnięte słowo pisane.
Samo odcyfrowanie wyrazu miś nie pobudziłoby specjalnie umysłu małego dziecka - jeśli
jednak trzeba to słowo przeczytać i zrozumieć, a potem podbiec do
zabawki i położyć obok niedźwiadka odpowiednią kartkę, to czytanie
przeradza się w naturalną dziecięcą zabawę, dostarcza tyle radości, że
staje się zajęciem ulubionym. Jest to radość intelektualna, nie zaś
techniczna. Dziecko doznaje przyjemności nie dlatego, że odcyfrowało
litery, lecz dlatego, że odnalazło treść. Że zrozumiało, iż chodzi o
misia. Odczytywanym słowem musi być koniecznie rzeczownik, bo
istota zabawy polega na tym, by dziecko kładło odpowiednie kartki z
nazwami obok odpowiednich przedmiotów.
Powiedzmy
dzieciom, że świat jest zaczarowany, i że wszystkie rzeczy się
pochowały. Musimy je odnaleźć, odkryć, a jedyną wskazówką, o jaką rzecz
chodzi, będzie słowo na kartce. Gdy na stole położymy kartkę z napisem stół, oznaczać to będzie, że stół został znaleziony i odkryty.
Odczarowywanie odbywa się w ciszy
(można najwyżej szeptem porozumieć z kolegą czy z nauczycielką).
Dzieci, które zaczynają czytać, powinny to robić po cichu. Głośne
czytanie tekstu przeszkadza początkującym czytelnikom w zrozumieniu
sensu.
Niektórzy nauczyciele sądzą, że
dziecko pojmuje czytane słowo za pośrednictwem słuchu i dopiero wtedy,
gdy wymówi kolejne głoski, słyszy całość i rozumie, o co chodzi.
Tymczasem jest na odwrót: dopiero wtedy, gdy się jakieś słowo zrozumie,
można je wypowiedzieć poprawnie, z taką samą intonacją, jak w mowie
potocznej. Nasze własne doświadczenie mówi dobitnie, że tekst rozumiemy
tym lepiej, im bardziej się na nim koncentrujemy. Gdy dziecko dostaje
kartkę ze słowem miś, jego uwaga powinna być skupiona tylko na tym
wyrazie. Jeśli jednak wymaga się od ucznia, by przeczytał to słowo na
głos, jego uwagę zaczynają rozpraszać słuchacze, pragnienie otrzymania
pochwały i uniknięcia niepowodzenia - zaczynają go absorbować emocje,
niekiedy zabarwione tremą, lękiem. W efekcie często zdarza się, że
dziecko nie umie właściwie wykonać zadania.
Nauczycielki z przedszkola w
Dąbrowie Zielonej przeprowadziły bardzo interesujący eksperyment.
Zaprosiły na otwarte zajęcia rodziców i nauczycieli szkoły podstawowej.
Goście byli zachwyceni, kiedy dzieci, w znakomitych humorach, kładły
napisy przy odpowiednich meblach, zabawkach, a nawet na częściach ciała
rodziców. Nauczycielki przedszkolne zaproponowały potem, by ktoś z
dorosłych przeczytał głośno niewielkie opowiadanie. Po paru chwilach
oczekiwania zgłosiła się na ochotnika pewna matka, z zawodu
nauczycielka; bardzo pięknie przeczytała tekst. Jednakże kiedy
poproszono ją, by opowiedziała treść własnymi słowami, pomilczała
chwilę, po czym przyznała z zażenowaniem, że tak wielką uwagę zwracała
na właściwą intonację, iż niewiele zapamiętała z przeczytanego
opowiadania. Oto sytuacja, w jakiej stawiamy dzieci, gdy każemy im
czytać na głos - czyli publicznie - zanim osiągną odpowiednią sprawność
techniczną.
Ale są jeszcze inne, być może
ważniejsze, powody, by nie zachęcać uczniów do głośnego czytania - na
głos bowiem czyta się znacznie wolniej. Wzrokiem można objąć cały
wyraz, nawet kilka wyrazów równocześnie, niemal w mgnieniu oka da się
przeczytać i zrozumieć duże fragmenty tekstu.
Często każe się dziecku czytać na
głos, by ocenić jego umiejętności. Są na to lepsze sposoby, tym
bardziej, że, jak już wiemy, głośne wypowiedzenie napisanych słów nie
oznacza wcale, że zostały one zrozumiane. Nauczyciel może bardzo łatwo
zorientować się, czy dziecko robi postępy - jeśli po prostu je
obserwuje. Podczas gry w "Nazywanie świata" Jaś położył kartkę z misiem
obok misia: wszystko jest w porządku. Jeśli Jaś położyłby wyraz lalka
przy lampie, znaczyłoby to, że zwrócił uwagę tylko na podobieństwa
wyrazów, nie dostrzegł zaś różnic pomiędzy nimi. To zupełnie normalne,
mały uczeń szybko chce odgadnąć znaczenie słowa i popełnia pomyłkę.
Dorosły powinien w takiej sytuacji pomóc dziecku w zauważeniu liter
decydujšcych o różnym znaczeniu tych dwóch słów. Może na przykład
postawić lampę i lalę obok siebie i poprosić, by wychowanek kilka razy
położył odpowiednie kartki tam, gdzie trzeba. Przy pierwszej próbie gry w "Nazywanie świata" używamy wyrazów najprostszych, lala i miś. Dzięki temu dzieci błyskawicznie przyswoją sobie reguły gry.
A więc pierwszego dnia sadzamy na
dywanie jakąś lalę i jakiegoś misia. Dziecku (w domu) lub dzieciom (w
przedszkolu) dajemy po dwie kartki i prosimy, by według własnego
rozeznania położyły odpowiednią kartkę przy odpowiedniej zabawce. Albo,
stojąc na krześle, spuszczamy w dół "deszcz słów" czyli kartek, na
których napisaliśmy jedno lub drugie słowo. Dzieci zwykle biegną do
nich, jakby to spadały cukierki. Trochę później, w czasie tej samej
sesji, stawiamy na podłodze jeszcze inną zabawkę i dodajemy kartki z
trzecim wyrazem.
Stopniowo dodajemy coraz więcej
rzeczy i kartek z odpowiadającymi tym rzeczom wyrazami. Codziennie
włączamy do gry nowe słowa i nowe przedmioty. Nie bójmy się, pomnażajmy
liczbę słów bez obaw. To naturalne, że jedne dzieci poradzą sobie z tym
szybciej, a inne wolniej. "Nazywanie świata" traktować trzeba jako grę,
zabawę. Nie wszystko robi się od razu dobrze. Osoba dorosła powinna
dyskretnie obserwować dziecko, starać się zauważyć kolejne blokady w
rozumieniu i pomagać w ich usuwaniu - ale niekoniecznie trzeba to robić
od razu i niekoniecznie trzeba bezpośrednio interweniować. Na tym
etapie znacznie ważniejsze jest to, że dziecko wykonuje jakieś zadanie
niż to, czy je wykona bezbłędnie. Wychowanek gromadzi wtedy cząstkowe
obserwacje, które się kumulują i w pewnym momencie zadanie staje się
dla ucznia łatwe i oczywiste. Niedobrym doradcą jest wygórowana ambicja wychowawcy, nie
pozwala ona bowiem zawierzyć naturalnemu procesowi poznawania. Trzeba
być cierpliwym - codziennie od nowa zaczynać zajęcia z koszykiem
pełnym rzeczowników. Niech dzieci każdego dnia kładą kartki z lampą
przy lampie, klocek przy klocku, dywan na dywanie i drzwi przy
drzwiach. Kartki powinny poleżeć przy przedmiotach godzinę czy dwie,
potem chowamy je do koszyka, aby następnego dnia znowu przystąpić do
nazywania świata.
Po pewnym czasie proponujemy
dzieciom, by poszukały przedmiotów ciągle jeszcze "schowanych" - czyli
nie opisanych - i żeby może same spróbowały przygotować dla nich
wizytówki. Sprawdzamy, co uczniowie napisali i poprawiamy ortografię.
W przedszkolach etykietuje się
różne przedmioty - ale tych napisów już nikt później nie rusza, wobec
czego przestają być skuteczną pomocą dydaktyczną. Nie zauważamy tego,
co na stałe jest w naszym otoczeniu. W ćwiczeniach, które proponuję, te
same kartki codziennie są traktowane jako nowe wyzwanie.
Podczas kolejnych etapów gry w "Nazywanie świata" nie dokonujemy podziału słów na łatwe i trudne. Gdy
uprzedzamy dziecko, że dajemy mu kartki z dwoma wyrazami, z których
jeden oznacza misia, a drugi podłogę, to obydwa wyrazy będą dla niego
równie łatwe. Każdy wyraz w jednym zestawie może być łatwy, w innym zaś
trudny. Na przykład odróżnienie i zrozumienie słów podłoga i półka będzie trudniejsze niż odróżnienie i zrozumienie słów podłoga i stół.
Ważne jest to, by codziennie
ćwiczyć przez mniej więcej piętnaście minut. Rozdajemy kartki po kilka
razy, dopóki dzieci będą się dobrze bawiły. Niech zgadują, niech mają
prawo do pomyłki, wtedy trafne rozwiązanie zadania przyniesie radość. A
gdy już raz dziecko upora się z podłogą, gdy spostrzeże, na przykład,
że to słowo dość długie i charakterystyczne, bo dwie litery są wyższe
niż reszta, a dwie inne opadają w dół - wyraz ten stanie się łatwy do
rozpoznania.
Oczywiście dziecko trochę czyta,
a trochę zgaduje. I tak jest dobrze. Na początku nie musi wcale
odcyfrowywać wszystkich liter, by odróżnić misia od podłogi. Gdy słów
pojawi się więcej, gdy podłogę trzeba będzie odróżnić od półki, a lalkę
od lampy, wykonanie zadania wymagać będzie dłuższego namysłu. Najważniejszą zaletą gry w Nazywanie świata" jest jej
intensywność. W ciągu dziesięciu minut ćwiczeń dzieci mogą zmierzyć się
z wieloma wyrazami i wcale nie jest tak istotne, by każdy z nich został
od razu prawidłowo odczytany. Liczy się ta chwila, kiedy dziecko z
uwagą przygląda się tekstowi.
Nie powinien nas ograniczać żaden
narzucony odgórnie program, żaden harmonogram, choć sami możemy
wprowadzać jakieąś reguły porządkujące. Na przykład któregoś dnia
skoncentrujemy się na nazwach mebli, a następnego - na zabawkach. Przy
tej okazji dzieci powinny ćwiczyć się w używaniu liczby mnogiej i
pojedynczej; można choćby usadzić w jednym miejscu kilka lalek, a gdzie
indziej lalę samotną. Możemy również ćwiczyć zdrobnienia. Wręczamy
Stasiowi dwie kartki, na jednej będzie napisane lalka, na drugiej
laleczka, albo kartki z wyrazami piłka i piłeczka. Niech Staś
zdecyduje, przy którym z przygotowanych przez nas przedmiotów położy
jedną kartkę, a przy którym - drugą.
Ćwiczymy również rozpoznawanie
nazw części ciała i części ubrania. Dzieci same mogą, ku wielkiej
swojej uciesze, stać się "nośnikami" nazw. Kartkę z napisem głowa
Moniki przylepią taśmą do czoła Moniki, a sweter Klaudii - do ubrania
Klaudii.
Kolejnymi kategoriami
rzeczowników będą artykuły żywnościowe, przedmioty kuchenne, przybory
stołowe, przybory do szycia, materiały piśmienne, itp. Jeśli podczas
ćwiczeń używamy niewielkich przedmiotów, warto wyeksponować je na
specjalnym stole, oznaczonym napisem NAZYWANIE ŚWIATA - to ułatwi
dzieciom szukanie.
Oczywiście "nazywamy świat" także w ogrodzie czy na placu zabaw.
Dobór słów, związanych z
"Nazywaniem świata", może wiązać się z tematami, które według programu
akurat z dziećmi przerabiamy - ale tylko wtedy, gdy mamy pod ręką
konkretne przedmioty z tym tematem związane, na przykład szyszki i
kasztany, gdy mowa o jesieni. "Nazywanie świata" polega na dokładaniu
nazwy do konkretnego rzeczownika. Nie należy więc włączać do gry kartek
z takimi napisami, jak zima, wiosna, zapasy czy nawet kącik fryzjerski.
"Nazywanie świata" rządzi się własną logiką i ma odrębne cele -
językowe, nie zaś poznawcze. Dzięki tej grze dzieci uczą się wyrażać
słowem pisanym to, co już wiedzą i co umieją nazwać w mowie. "Nazywanie
świata" jest pierwszą formą czytelniczych wprawek i pełni podobną rolę,
co elementarz, pozwala przy tym na dynamiczne stopniowanie trudności
zadań.
Grupa dziecięca nigdy nie jest
jednorodna, a "Nazywanie świata" to zestaw takich ćwiczeń, które
pozwalają każdemu dziecku zachować rytm nauki zgodny z jego
możliwościami. Nie narażą żadnego ucznia na nudę ( którą się odczuwa,
gdy polecenie jest zbyt łatwe), ani na frustrację ( która pojawia się,
kiedy polecenie jest zbyt trudne).
Gdy już jakiejś grupie zadania
wydają się bardzo proste, trzeba postawić te dzieci przed kolejnym
progiem trudności, to znaczy zwiększyć zasób słów. Nuda jest
niesłychanie niebezpiecznym i, niestety, bardzo częstym gościem w
przedszkolach i szkołach. Zauważyłam, że nauczyciele bardzo się
obawiają sytuacji, gdy dziecko nie umie czegoś zrobić. Tak bardzo się
boją, że wolą nie ryzykować. Ten strach powoduje, że ciągną swoich
uczniów wstecz, do łatwizny, do nudy. A przecież nie ma żadnych powodów
do obaw. Każde dziecko wie, że do różnych umiejętności człowiek po
prostu musi dorosnąć. Ania wczoraj jeszcze nie sięgała do klamki, dziś
już sięga. To dla dziecka jest naturalne. Do wczoraj nie wiedziało,
gdzie położyć kartkę ze słowem firanka, a dzisiaj wie. Podczas, kiedy
jedni mierzą się już z zadaniami trudniejszymi, inni ciągle jeszcze
szukają misia i lali, trzeba więc mieć pod ręką wiele słów o różnym
stopniu trudności.
Kiedyś zadzwoniła do mnie
dyrektorka przedszkola, w którym poprzedniego dnia prowadziłam kurs dla
nauczycieli. Powiedziała: - Zapewniała nas pani, że dzieci łatwo
odróżnią wyrazy lala i miś, a ja wcale nie byłam tego pewna, więc
dzisiaj rano zrobiłam próbę. Czy pani uwierzy, że żadne dziecko się nie
pomyliło? - Oczywiście, że uwierzyłam. Głównš przeszkodą przy realizacji mojej metody nie jest "niedojrzałość" dzieci, lecz przeświadczenie dorosłych o tym, że dzieci
umieją tylko to, czego zostały wcześniej nauczone. Z uporem więc uczą
swoich wychowanków rzeczy, które oni samodzielnie już dostrzegli i
pojęli.
W Meksyku na mój kurs jedna z
nauczycielek przyszła ze swoją pięcioletnią córeczką, bo nie miała jej
z kim zostawić. Mała, Viviana, bardzo chętnie wzięła udział w
ćwiczeniach inicjacji. Gdy przeszłyśmy do "Nazywania świata",
zaproponowałam nauczycielkom, by przygotowały dla swoich wychowanków
kartki z trzema słowami - pizarrón (tablica), piso (podłoga) i mesa
(stół) - a potem poprosiły dzieci o położenie tych kartek w
odpowiednich miejscach. Jedna z pań ni to stwierdziła, ni to zapytała:
- Ale najpierw pokazujemy, co na której kartce jest napisane? - Nie -
odparłam - kartki trzymamy w ręce, nawet za plecami, i mówimy dzieciom,
żeby same zadecydowały, gdzie którą kartkę położą. - Żadne dziecko tego
nie zrobi - usłyszałam w odpowiedzi. Na moje pytanie, czy Viviana umie
czytać, jej matka zapewniła mnie, że nie. Wręczyłam więc dziewczynce
trzy kartki z tymi właśnie słowami i poprosiłam o położenie ich w
odpowiednich miejscach. Viviana zrobiła to bezbłędnie po zaledwie
chwilowym namyśle.
Nauczycielki, również matka
Viviany, były zdumione. Jak to możliwe, że dziewczynka nie umiejąca
czytać rozwiązała tak trudne, zdawałoby się, zadanie? Po krótkiej
analizie okazało się, że do wykonania go nie była potrzebna znajomość
ani jednej litery. Wyobrażam sobie, że Viviana zauważyła, iż wyrazy
pizarron i piso mają na początku identyczne znaki graficzne (litery),
muszą więc odnosić się do słów, które zaczynają się od takich samych
dźwięków (pi). Różnica długości zapisu tych słów najpewniej odpowiada
różnicy długości słów. Zatem trzecie słowo to musi być mesa. Viviana po
prostu posłużyła się logiką Ale najmilsze wydało mi się to, że
dziewczynka po zakończeniu kursu zapytała mnie, czy nie mam więcej
kartek do rozłożenia.
Na początku można przynieść
przygotowany przed zajęciami plik (składający się z około stu wyrazów),
ale bardzo szybko trzeba uczynić z nazywania świata zabawę
spontaniczną, gorącą, intensywną.. Sprawdzają się tu zarówno litery
drukowane, jak i pisane; dzieci dajš sobie radę z każdym rodzajem.
Kiedy odwiedzam przedszkola,
odnoszę czasem wrażenie, że nauczyciele majš sparaliżowane ręce. Boją
się pisać. Nie są pewni, czy charakter ich pisma odpowiada
rygorystycznym wzorcom. Wolą posługiwać się materiałem gotowym,
kupionym w sklepie, lub pismem komputerowym. A tymczasem bardzo ważne
jest, by nauczyciel pisał przy dzieciach, by używał własnej ręki. W
dzisiejszych czasach małe dziecko ciągle ma przed oczami najrozmaitsze
napisy, na ekranie telewizyjnym, na ulicy i w sklepach, a więc styka
się z wieloma różnymi czcionkami. Sny metodyków o tym, że ciągle
jeszcze da się zadekretować jeden, powszechnie obowiązujący wzór
kaligraficzny, są nieziszczalne i anachroniczne. Znacznie rozumniej
postąpimy, jeśli pozwolimy, by w otoczeniu dziecka, w przedszkolu czy w
domu, pojawiły się różne rodzaje pisma. Jednej wszakże zasady, jak
sądzę, należy przestrzegać. Kiedy piszemy nazwy pospolite, posługujemy
się literami małymi. Przede wszystkim dlatego, że tak jest poprawnie, a
poza tym dlatego, że litery małe różnią się kształtem, wysokością i
położeniem, dzięki czemu łatwiej je rozpoznać.